Jesteś tutaj
Home > MyBlog > Przemyślenia > Mapa kłamie

Mapa kłamie

 

                                                   

 

 

Wkraczając w głęboki świat duchowości (albo fikcji wymyślonej przez żądny emocji umysł), czuję się jak ślepy, głuchy i garbaty. Całe życie dawano mi mapę, dzięki której żyłem mniej więcej spokojnie – wszystko było nazwane, zważone, określone. Wiedziałem że szczęście dają pieniądze, dobry samochód, wiara w której się wychowałem, kobieta, ciastka, wóda z grillem w weekend, akceptacja otoczenia, rodzina i mocni znajomi – a brak działania tych bodźców na mój układ nerwowy sprawiał ból, poczucie cierpienia, wstydu i osamotnienia.

Kłamstwo w obronie świętości

Rzeczy i zdarzenia których doświadczałem, a nie było ich na mapie, czy też nie zgadzały się z pewnikami i wierzeniami na niej (oczywiście ona nie była moja, dano mi ją gdy byłem nieświadomym, rżnącym w pieluchę niemowlęciem), nazywało się chorobą psychiczną, albo w wersji religijnej opętaniem – i spokój natychmiast powracał – w towarzystwie lekkiego zdenerwowania, oraz mocno tłumionej złości, którą się ukrywało i przejawiało za pomocą śmiechu, kpiny, udawanego współczucia i litości. Pamiętam jak łgałem, kłamałem z nut wymyślając różne historie, gdy ktoś podważał moje wierzenia religijne. Niby wiedziałem że kłamstwo jest grzechem, ale czułem że kłamanie w obronie tak dobrej rzeczy jak moja wiara – grzechem być nie może. Ogólnie rzadko zmyślam, ponieważ nie za bardzo umiem, oraz mam słabą pamięć, więc wszystko by się szybko wydało. Jednak w obronie „świętych” wartości kłamałem jak z nut.

Byłem jak dzisiejsi Korwiniści – swoją energią, czasem i duszą wzmacniałem siłę organizacji, która mnie strzygła. Myślałem że wiara jest moja, a to nieprawda. To narzucone tysiąc lat temu żydowskie wierzenia, które wprowadzono siłą i przemocą – kto nie przyjął, był mordowany. Kto przyjął i płacił nowym panom, mógł żyć. Następne pokolenia rodziły się już katolikami, chociaż jak gdzieś czytałem, jeszcze kilkaset lat walczono ze starymi, rdzennymi wierzeniami w Polsce. Chyba nikt normalny nie wierzy, że ot tak pstryknięto palcem i powstało działające sprawnie państwo. No ale takie jest życie, że państwa i religie bezustannie ze sobą walczą, a silniejsza, bardziej podstępna, elastyczniejsza w ataku i obronie wygrywa. Z gruntu proste i uczciwe słowiaństwo, musiało przegrać z mroczną, potężną ideologią cierpienia powstałą w żydowskich, czyli najsprytniejszych umysłach. Historię piszą zwycięzcy, więc jedyne co wiemy o naszej przeszłości to to, co zdobywcy naszych ziem chcieli żebyśmy wiedzieli. Tak zawsze było, jest i będzie. Bardzo możliwe że prawnuki dzisiejszych prawdziwych polaków katolików, będa prawdziwymi polakami muzułmanami, a Polska powstała z chwilą spalenia kościołów i wybudowania meczetów. Historię piszą zwycięzcy – przegrani zostają niewolnikami. Wygrywa najsilniejszy, czyli ukochana matka natura w akcji. Po prawdziwych polakach muzułmanach przejadą się miliony Chińczyków, więc będą znowu prawdziwy Polacy buddyści i taoiści. Silny tworzy religię i kulturę, a słabi ją wyznają – bo szczerze mówiąc, nie mają innego wyboru.

Szlachetny też może być sukinsynem

Wniosek który mi się nasunął po latach, był jak lodowaty prysznic – człowiek dobry, pobożny, przekonany o swej szlachetności – może zrobić niemal każde świństwo, jeśli wierzy że jest to w dobrej sprawie. Problem w tym że ja broniłem – jak teraz to widzę – bardzo złej sprawy. Religia dla kogoś kto idzie przez życie samotnie, chce je badać i poznawać, jest wielkim ograniczeniem. Dla kogoś kto chce „normalnie”żyć, wtopić się w tłum – może być, chociaż także będzie cierpiał. Żeby korporacja przetrwała, musi ciągle kreować popyt na swoje produkty. W przypadku korporacji religijnej, buduje się od dziecka strach przed diabłem, wiecznymi mękami po śmierci, oraz kusi niebem gdzie jest Bóg ojciec, który zarżnął z miłości swego syna.

Do tej pory nie wynaleziono lepszego, wirtualnego produktu. Nawet apple nie ma szans, ponieważ jego produkty można reklamować – a kto wrócił zza żelaznej kurtyny śmierci, by zdać relację i zażądać zwrotu pieniędzy za wybrakowany towar? Oczywiście są wspomnienia reinkarnacyjne, miałem je i ja – ale korporacja religijna nazywa je sztuczkami i podstępami Lucyfera. Musi tak czynić, gdyż wspomnienia (a raczej odczucia) tego stanu pokazują wyraźnie, że wszystko co o życiu pośmiertnym mówi kler, jest delikatnie mówiąc nieprawdą. Być może reinkarnacyjne wspomnienia też są nieprawdą – ego tak pożąda bycia kimś nadzwyczajnym, że potrafi wymyśleć niestworzone historie. Mamy więc tysiące Kleopatr, królów i wielkich władców, a żadnego ex bezzębnego chłopa, który orał, tłukł żonę i był intelektualnie jak dzisiaj małpa w zoo. Nikt nie był prostym, niewykształconym człowiekiem – wszystkich ciągnie do wielkości. Ponieważ moje wspomnienia wskazują że także byłem kimś ważnym, przepędziłem je. Nieważne kim byłem – ważne kim jestem. Bo to kim jestem dziś, jest sumą wszystkich mych poprzednich decyzji, intencji i działań. I to mnie przeraża, bo jestem raczej mało inteligentnym, prostym facecikiem z wielkim ego i małym… Przemilczmy więc moje poprzednie wcielenia.

Idee jak diabły

Dlatego na chorobę umysłową (jeśli ktoś ma inne zdanie w jakimś ważnym dla nas temacie) polecało się terapię i leki psychotropowe, a na opętanie (niechęć do korporacji religijnej i jej akwizytorów) egzorcyzmy i rozmowę z wyszkolonym w kwestiach oratorskich przedstawicielem korporacji, mającego za zadanie przekonywać do swojej firmy za pomocą marchewki (wieczne niebo, kiedy sąsiad będzie płonąć w piekle) i kijem (wizje wiecznych męczarni, jeśli nie skorzystamy z oferty firmy). Dlatego religię nazwano opium dla mas, narkotykiem – ale jest nim w zasadzie każda idea, czyli mapa otaczającego nas świata, która w imię poczucia bezpieczeństwa zabiera człowiekowi coś niezwykle cennego, niezwykłego – wolność i Boga, który dla mnie nie jest osobowy, a wydaje się być potężną, nie do opisania energią twórczą.


Pod maską zgody i bezpieczeństwa, które dawała mi religia i ustalone poglądy polityczno społeczne, nie było jednak tak wesoło. Idee w które wierzymy (czyli dajemy im swoją uwagę, która w istocie jest energią), żrą się między sobą walcząc o władzę, czyli żeby jak najwięcej ludzi miało ich mapę w swojej głowie, oraz się im wysługiwało, że nie wspomnę o pieniądzach bo to oczywista oczywistość. Wszelkie wojny i nienawiść między ludźmi, jest wynikiem wojny idei, dla których ludzie są tylko trybikami, mięsem armatnim. Czy idee są w jakiś sposób żywym, świadomym bytem, które ezoterycy nazywają wahadłami, meduzami, demonami planetarnymi, gagtungrem – albo mechanizmem psychicznym, memami, toczą się od wieków dyskusje. I gdybym powiedział że wiem jaka jest prawda, stanąłbym po stronie jakiejś idei – a nie wiem. Mam swoje teorie, ale pewności jak pieniędzy od skąpych czytelników, brak.

Czart, którego powołałem do życia

Wiem tylko tyle, że w zamian za bycie posłusznym umieszczonej mi w dzieciństwie w głowie idei – uczyniono mnie w zasadzie niewolnikiem. Nie mogłem wyjść poza mapę, którą mi umieszczono w głowie, gdyż poza nią, jak przekonywały wtedy jeszcze dla mnie autorytety – goreją szaleńczą czerwienią ślepia Lucyfera i diabłów. Gdy kiedyś porwałem w strzępy mapę, nic takiego nie ujrzałem – oszukano mnie, i pewnie nie raz jeszcze się dam okantować. Może napiszę bardziej dosadnie – spotkałem czarta, ale była to zasługa sług „dobra”, którzy zastraszają dzieci zakatowanymi zwłokami na krzyżu, kojarząc ból i cierpienie z Bożą miłością – czyli deprawują, niszczą psychicznie i duchowo dzieci.


Pamiętam jak dawno temu wychodziłem z ciała (OOBE), i uniosłem się nad swym ciałem w pokoju. Było bardzo ciekawie, ponieważ nie widzi się oczyma, a raczej uświadamia – więc jest tak, jakby człowiek miał oczy wszędzie. I nagle mi się przypomniało że OOBE – jak pisał jakiś zatroskany ksiądz, jest diabelską sztuczką – nie dziwne że tak uważa; każdy kto zbada ten stan, rozumie że kościół opowiada farmazony swym wiernym. I z czego by ten straszący niesamowitymi opowiastkami ksiądz żył? Musiałby iść do uczciwej roboty. Wtedy po ścianie pokoju zaczął przybliżać się do mnie straszny cień – ale pojawił się dopiero wtedy, gdy pomyślałem że powinien się pojawić. Wystraszyłem się nie na żarty, wskoczyłem do ciała i obudziłem natychmiast pełen lęku. OOBE stanowczo nie jest dla tych, którzy wychowali się w katolicyźmie i gorliwie wierzyli jego smutnym wieszczom. Jak ktoś nie był zastraszany diabłami, w projekcji astralnej spotka to, co nosi w swym sercu – czyli sumę wszystkich stanów emocjonalnych. Jeśli nosisz w sobie nienawiść do siebie czy innych, spotkasz coś gorszego od diabła – ale to będzie Twoja własna projekcja. Dlatego ludzie którzy nie lubią siebie, na poziomie duchowym są traktowani tak samo jak ci, którzy nie lubią innych – np. kryminaliści, bandyci. Nienawiść to nienawiść, nieważne czy skierowana jest do wewnątrz, czy na zewnątrz. Ktoś kto często gardzi i ocenia, spotka podobnego do nich sędziego, który bardzo surowo ich oceni – oraz ukarze. A karać w świecie astralnym umieją. Dlatego jak ognia wystrzegam się osądzania, oceniania – bo wiem jaką cenę za taką „przyjemność” się później płaci.

W astralu nie masz miniguna

Ciekawe rzeczy spotkają zapaleni gracze np. w strzelanki, którzy angażują swoje emocje w grę. Symulacja jest nierealna, to tylko program komputerowy – ale emocje istnieją już jak najbardziej realnie w nas, wpływają na ciało i podświadomość. Te emocje nigdzie nie znikają, a kumulują się w ciele i psychice, z czasem rosnąc i wpływając na życie człowieka (nawyk, wzorzec), który je wzbudzał. Ktoś kto strzela w grze z nienawiścią, złością, śpieszy się, niecierpliwi – hoduje sobie taką z początku małą, ale coraz szybciej rosnącą istotkę. Im więcej złych emocji, tym jest silniejsza i głośniejsze są jej szepty uznawane za zwykłe myśli – które pchają nas ku złym wyborom, cierpieniom i nieszczęściom. Jeśli taki zapalony gracz i przy okazji troll czy hejter wyjdzie w OOBE, spotka tę istotkę która objawi mu się w jakiejś strasznej dla niego formie. Jeśli boi się pająków, będzie pająkiem – jeśli dresiarzy, będzie oprychem. A jeśli boi się dużych Pań, modelek XXL jak się teraz modnie je nazywa? To go trochę podduszą, naleśnikiem o smaku ryby morskiej. Piszę żartobliwie, bo żeby ukazać jak smakuje koszmar gdy spotyka nas to, co sami utuczyliśmy naszą uwagą i wiarą, nie potrafię znaleźć słów. Ale najbardziej zdziwią się fani GTA 5, w którą teraz gram. Wykreowany przez programistów świat, zachęca do zbrodni i grzesznych uczynków. A jeśli skorzystasz, zaczniesz wytwarzać w sobie pewne odruchy. Np. gdy w grze ktoś Cię zaatakuje, chętnie go zabijesz – gra to umożliwia, zapewniając potężną przewagę i bezkarność. I jakie będzie zdziwienie, gdy ktoś na Ciebie trąbnie na ulicy, a Ty nawykowo, nieświadomie odpowiesz agresywnym aktem. Niestety, w realu nie ma miniguna czy rakietnicy, tylko można konkretnie dostać po mordzie. No ale jak mówią, morda nie szklanka.


Jako młody człowiek, jak miliony innych wierzyłem w stworzony dla gojów mit propagandowy, czyli Pana Wałęsę – prostego elektryka, który obalił supermocarstwo jądrowe. Plany tego śmiałego czynu, powstawały przy obalanych – zapewne dla treningu – butelkach koniaku z esbekami w Arłamowie. Później wierzyłem w Korwina, ponieważ jako młody nieudacznik święcie wierzyłem, że po osiemnastce otworzę firmę i stanę się miliarderem. Zapobiegawczo więc szczekałem na roboli, którzy śmieli upominać się o godną pensję, broniłem wielkiego biznesu własną piersią i oburzeniem – do czasu gdy sam zacząłem dla niego pracować, i wyżęli mnie jak ścierkę. Wtedy zrozumiałem, że znowu mnie krzykacze pochodzenia czosnkowego okantowali – wygrywa sprytniejszy, inteligentniejszy, a głupi musi mu służyć, nie mam więc o to żalu. Jeśli mam być szczery, podziwiam starszych braci w wierze, uczę się jak osiągnęli sukces. Jeśli się uczyć, to od najmocniejszych a nie krzykaczy i farmazonów.

Słaby musi przegrać

Takie są prawa natury, że słaby musi przegrać, a ja byłem słaby swą pychą i brakiem wiedzy. Takich odkryć miałem wiele – wtedy zrozumiałem, że dosłownie na każdym kroku jesteśmy oszukiwani. Dlatego czytałem, jak najwięcej czytałem o dyktatorach, wojnach – by zrozumieć czy to tylko mnie tak oszwabiają, czy ogólnie na świecie się tak niemiło dzieje. Okazało się że nie jestem sam – a że w grupie raźniej, odzyskałem dobry nastrój. To że oszukali – ludzka sprawa. Dopiero trwanie w błędzie jest wstydem, hańbą – a ja nie trzymałem się kurczowo oszustów, tylko uciekałem. Fakt, z deszczu pod rynnę – ale jednak.


Religie i nauka to w pewnym sensie środki uspokajające, otępiające – umożliwiają w miarę normalne, spokojne życie. Bo jaka jest prawda? Jak laxigen – wstrząsająca, ale i oczyszczająca. Jesteśmy niezwykle skomplikowanymi biochemicznymi maszynami, w których jest umysł – nieprawdopodobnie złożony komputer, oraz obserwator, który może obserwować umysł i pojawiające się w nim emocje i myśli. Kim jest ten podglądacz – zboczuś, nie wiadomo – ale to właśnie nim jesteśmy. Czyli nie jestem umysłem (Marek, Polak, wiek 36 lat, nie staje mu przy grubaskach i w gumie itd) a także jego przekonaniami (jestem pewny siebie, odważny, szczwany, uważny, seksowny itp).

Kim jestem tak naprawdę?

Jestem obserwatorem, a więc czymś czego nie można określić, bo czy oko może ujrzeć siebie samego? I gdy obserwuję, jest tak jakbym oglądał film, dystansuję się, oddzielam. Pojawia się ulga, lekkość, szczęście… gdy utożsamiam obserwatora z umysłem (czyli olbrzymią ilością przekonań na temat swój i świata, zapożyczonych od rodziców, kultury i przekonań otoczenia), cierpię, podniecam się, raduję a raczej ekscytuję, gdyż radość w stanie umysłu a bez niego, to taka różnica jak między krzesłem, a krzesłem elektrycznym.


I ta super maszyna z obsługującym ją komputerem i widzem (obserwatorem – erotomanem), żyje sobie przeciętnie kilkadziesiąt lat w skupiskach nazwanych państwami, które wyżynają się między sobą w imię Boga, honoru i ojczyzny – a żyją na wirującej w mrocznej pustce planecie. I jeśli człowiek uświadomi sobie ten, wydawałoby się zupełnie oczywisty fakt, zdumienie odbiera mowę. Przynajmniej mi. Bełkoczę wtedy jak po kilku browarach, albo gdy spojrzę na stan konta i zachwycę się jego buddyjską pustką.

Fizol pofilozofuje

Dlatego dziś sobie pofilozofuję, mając świadomość że moje spostrzeżenia najprawdopodobniej są funta kłaków warte. Ale bardzo mi pasują, więc show must go on. Kiedyś czytałem genialną książkę Swami Ramy „Żyjąc wśród Himalajskich mistrzów”, która szalenie mi się spodobała. Od razu poczułem „bluesa”, gdy ją czytałem – polecam każdemu, który poważnie traktuje swój rozwój osobisty. 

Swami Rama wędrował przez Himalaje, biorąc nauki od joginów i wielkich mędrców. Opisanych jest tam wiele cudownych zdarzeń, cudów, paranormalnych umiejętności, a także bardzo ciekawe przygody. Nie wiem na ile jest to prawda, w końcu na ludzkich marzeniach o cudach zarabia się najlepiej, ale kilka rzeczy mocno mnie zastanowiło – także i ja miałem paranormalne zdarzenia, więc wierzę. Po prostu wierzę. Moja wiara jest potężna, mocna – ponieważ kiedyś różne rzeczy mi się przydarzały, np. ktoś kto umarł, tydzień przedtem w śnie przyszedł się ze mną pożegnać, a ja o tym dokładnie opowiedziałem rodzicom. Nie byłem dla tej osoby szczególnie ważny, ale taki miałem sen, może w jakiś sposób moja podświadomość to odebrała i w takiej formie mi przedstawiła. Takich zdarzeń miałem trochę i ciut ciut – kiedyś działała modlitwa wstawiennicza, czyli ja się modliłem za czyjeś interesy, a komuś wszystko zaczynało się układać. To było niesamowite, ale niemiło się skończyło. Dopiero po latach zrozumiałem, dlaczego.

Modlitwa ma moc

Modlitwa w jakiś sposób działała – ale ja sam, a raczej moja podświadomość, uważała że jest niegodna pieniędzy, że śmierdzą, są obrzydliwe. To spadek po katolicyźmie – który mocno we mnie wrósł. Tak mocno, że do tej pory walczę z tym chwastem. Tu psiknę chemią, tak nerwowo krzyknę, tu wyrwę kępkę – a i tak odrasta gdzie indziej. Chciałem pieniędzy, wdzięczności, a otrzymywałem jedynie niechęć i figę z makiem. Wiele zmieniłem przez te wszystkie lata – i wiele zrozumiałem. Stało się to tak – zacząłem często przebywać u osoby, która jest dość zamożna. Moja podświadomość codziennie była świadkiem, że można mieć pieniądze, jeździć dobrym samochodem i nie ma w tym ani diabła, zła, ani żadnej podłości. Z czasem przekonania się zmieniają pod wpływem otoczenia – dlatego tak cenne jest powiedzenie: „z kim przestajesz, takim się stajesz”. Oczywiście nie zmieniamy się my sami, ale przekonania w naszej podświadomości, programy sterujące naszą percepcją, postrzeganiem i wyborami – a przez to życiem. Wierzę że właśnie taka była odpowiedź Boska na moje modlitwy. Zmiana bardzo rzadko wydarza się nagle – zmiana własnych przekonań często musi potrwać, jest mozolna. Widocznie tylko w ten sposób mogłem się zmienić – wyrwano mnie więc z mojego otoczenia i umieszczono w innym, skrajnie różniącym się od tego, w którym wyrosłem. Opuściłem świat strachu, nędzy i upokorzeń, by zanurzyć się w świecie lekkości, możliwości i wolności. Mogłem się zregenerować, odzyskać utracone siły – i tak też się stało. Nie odebrano mi wszelako wszystkich obciążeń, bym nie uleciał jak balon w niebo – są więc też smutki i boleści. Takie jest moje przeznaczenie, a ja podążam jego ścieżką jak grzeczny piesek na smyczy.


Słynny treser psów Cesar Millan, zmienia aspołeczne psy umieszczając je w świetnie wychowanym stadzie – pies naśladując zachowanie nowych kompanów, dostosowując się do panujących tam zasad, szybko zmienia swe zachowania. Dlatego stworzyłem forum braciasamcy.pl, gdzie inteligentni faceci mogą stworzyć samcze, tętniące testosteronem i mądrością stado – gdzie każdy się wzajemnie motywuje, dopinguje i dodaje sił. I gdy facet już nie wyrabia z kobietą, nie radzi z presją i wmawianym mu poczuciem winy – stado dodaje mu sił, krzepy, ustawia zdrowe myślenie. Taki facet staje się silny, mocny – ponieważ ma wsparcie i wzór myślenia. No ale to już temat na inny felieton.

Słoneczny jogin

Wróćmy do książki. Swami spotkał mnicha, który żył na jakiejś górze – wieśniacy się go bali, gdyż chcąc do niego przyjść po jakąś pomoc, ten rzucał w nich kamieniami. Jak się okazało, był to ponoć jedyny żyjący na świecie adept słonecznej jogi (mam nadzieję że nie przekręciłem nazwy), gdzie uczeń uczy się przekształcać wszystko co istnieje zgodnie ze swą wolą. I chociaż Swami widział niejedną rzecz (lewitację, bilokację, przenoszenie rzeczy z jednego miejsca na drugie siłą woli, telepatię i inne), wyrósł w cudach i mocach siddhi (paranormalnych), to tu napisał że niemal stracił zmysły ze strachu. Człowiek ten zmieniał kamienie w pyszny chleb, wskrzeszał martwe ciała i zmieniał je w co chciał, potrafił bodajże piasek zamienić w smaczny posiłek, a także gdy odczuł że jego ciało się zużyło, zmienił je na inne. Całkowicie władał materią. Na pytanie dlaczego rzucał kamieniami w wieśniaków, powiedział że rzuca tak by nie zranić – po prostu chce być sam by zgłębiać swą wiedzę, a wieśniacy mu tylko przeszkadzają. W tej chwili pomyślałem o natrętnych czytelnikach, i jak przez meila można rzucić kamieniem.


Słoneczny jogin pragnął, by Swami został u niego i się uczył. Swami jednak rozumiał – i tu się w nim zakochałem (w sensie mądrości) – że liczy się oświecenie, pełne zrealizowanie swojego potencjały duchowego, a nie sztuczki z materią. Są ciekawe, można się tym bawić, poznawać coraz głębszą wiedzę – ale wszystko ma służyć tylko jednemu celowi – oświeceniu. Nic innego się nie liczy. Właśnie po takich słowach, można poznać prawdziwego poszukiwacza. Zostawmy cyniczne uśmieszki i chichotki na boku. Ja w to wierzę. Swami mógł nabujać w książce, ale ja wierzę że jest to możliwe. Dlaczego?

Wierzę, wierzę, wierzę…

Od dawna mam coraz silniejsze przekonanie, że bierzemy udział w jakiejś symulacji – być może natury komputerowej, jak mój ograniczony mózg jest w stanie to nazwać czy zetykietkować. Niestety mam fatalną pamięć, jestem prostym facetem, ale czytam od lat tysiące książek, rozmawiam z lekarzami, ogólnie mam szeroki dostęp do bardzo wykształconych ludzi. Ale to co dla nich stało się normą, znudzeniem z powodu powtarzalności i okrzepnięcia w tej magii, dla mnie jest szokiem. Budowa ciała ludzkiego, materii, to gargantuiczny, niewyobrażalny dla mnie geniusz. To jak działa podświadomość, czyli temat którym zajmuję się od kilkunastu lat, jest tak nieprawdopodobnym cudem że brak mi na to słów. Wprawdzie napisałem książkę „Stosunkowo dobry”, gdzie tłumaczę jak ona działa, ale tylko liznąłem temat jak cipkę ładnej, młodej dziewczyny w mych marzeniach. Samo spojrzenie w niebo, gdzie wiszą wesoło błyskające do mnie robaczki świętojańskie – jest takim ogromem, który zapiera we mnie dech, a przecież mam astmę, więc jest to dla mnie niebezpieczne.
I czymże jesteśmy przy takich cudach? Ten świat to coś, co jak wierzę, działa na zasadzie jakichś praw. Wszystko działa według nich od atomu po czarne dziury budżetowe, nie ma miejsca na samowolkę, więc czemu nasze życie miałoby na nich nie polegać? Problem w tym, że ich nie znamy – a przynajmniej większość ludzi.


Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy w związku z adeptem słonecznej jogi, to jakbym wykorzystał taką moc. Każdy wykorzystuje moc w zależności od swojej wiedzy, rozmachu, pewności siebie. Jeden zmieni przyczepę nawozu w nówkę passata w tedeiku, drugi założy mafię czy partię polityczną… a ja bym zdobył władzę nad światem. Ale to są pragnienia z poziomu umysłu, który pragnie dowartościować się (władza), sprawiać przyjemności coraz to lepszymi zabawkami (bogactwo).

Symulacja, kosmiczny żart, przypadek?

Zakładam że ktoś kto odczuwa, postrzega że ten świat jest jakąś formą symulacji, iluzją – umie manipulować rzeczywistością na poziomie molekularnym, widzi też bezsens sięgania po władzę i bogactwo. Jeśli użyjemy w jakiejś grze komputerowej wszystkich kodów, gra stanie się pozbawiona kompletnie sensu – będzie nudna. Masz wszystko co chcesz, i ogarnia Cię nuda. Dlatego taki człowiek wchodzi świadomością w znacznie wyższe poziomy odczuwania, gdzie jego moc nie robi wrażenia – czyli tam, gdzie może badać i się rozwijać. Ten świat staje się ważny o tyle, żeby dał ciału możliwość snu, jedzenia i życia. Może być jaskinia, może kawalerka. Po co taki ktoś miałby sięgać po władzę? Jaka satysfakcja z rządzenia kukłami?

Gdybym był słonecznym joginem, zamieniłbym wszystkich skąpych czytelników w brzydkie ropuchy. Samczeruno.pl przechodzi na wordpressa, więc trzeba księżycowej energii pieniężnej, którą należy kierować w kierunku skąpego, obrzydliwego, kasującego mnie co miesiąc na sześć złotych Mbanku KLIK


Hojnych czytelników zamieniłbym w szejków naftowych, z własnymi haremami.


 

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum. Paniom wstęp wzbroniony!

——————–

Coaching ze mną KLIK

Zapraszam do kupna moich e książek „Stosunkowo dobry”, oraz „Wyprawa po samcze runo” w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to coztymikobietami@onet.pl

Dodaj komentarz

Top